granice kosztują, ale ich brak kosztuje więcej
wyczerpana wczorajszym spotkaniem zasnęłam po dziewiątej wieczorem. Obudziłam się - jak mi się wydawało - wyspana po dwóch godzinach. Otworzyłam laptopa. Mail od L., że dostał propozycję pracy w moim mieście i pyta się, czy może się na ten czas zatrzymać u mnie.
Czytam na głos maila. Radość. Szok. I mówię sama do siebie na głos "Ale ty pijesz".
Po kwadransie piszę odpowiedź, że "nie wyobrażam sobie nowego stratu od wspólnego mieszkania, alkoholika nie wpuszczę do domu w trosce o dzieci i siebie, ale jeśli będziesz się leczyć i przebywać w moim mieście, mogę się spotkać. Będę obserwować, bo działaniem musisz pokazać, że walczysz z nałogiem."
"Zgoda".
Z wrażenia nie zasnęłam. Po czwartej pojechałam nad rzekę obejrzeć wschód słońca - niebo było różowe.
Po powrocie na siłę zamknęłam oczy po piątej... i obudziłam się o ósmej.
Głowa boli, piasek pod oczami.
W pracy spokój, bo szef na wakacjach, nie ma kto zatruwać powietrza gadaniem. Z koleżankami omawiamy moją randkę.
Koło dwunastej telefon od niego i znowu pytanie: "czy będę mógł mieszkać u ciebie?"
Ja analizuję w głowie maila, chyba wyraziłam się wystarczająco jasno.
Odmawiam, on ponawia pytanie, odmawiam znowu. "nie wiem, czy nie będziesz pił. Może być dwa tygodnie fajnie, a potem możesz być agresywny". On twierdzi, że nigdy tak się nie dzieje, ja nie ulegam myśląc o tym, co mówiła mama "albo masz twarde serce, albo twardą dupę".
Za chwilę dzwoni ponownie "przemyśl to na spokojnie". Ja oczami wyobraźni widzę siebie, jak latam dookoła niego, sprzątam, podaję obiadki, piorę jego czarne skarpety z czarnymi skarpetami syna. "Mam to już przemyślane".
Dopiero po rozmowie czuję jak bardzo jestem zmęczona - wyczerpana jak koń po westernie. Jakby przez jedną noc organizm przeżył cały poprzedni związek jeszcze raz. Najpierw radość, że ktoś o mnie pamięta. Potem nadzieja. Za chwilę strach. Analizowanie każdego słowa. Stawianie granic. Bronienie tych granic.
Nie chcę już ratować nikogo za cenę własnego życia.

Komentarze
Prześlij komentarz
Po kilku miesiącach przerwy ponownie włączam możliwość komentowania.
Tamta decyzja była świadoma — potrzebowałam ciszy i przestrzeni dla siebie po zakończeniu związku, którego końcowy etap to trudne doświadczenia z osobą popadającą coraz głębiej w nałóg.
Dziś jestem w innym miejscu, dlatego wracam do dialogu.
Jeśli chcesz coś tu zostawić — opinię, refleksję, swoje doświadczenie — będzie mi miło.
Zostawiam sobie jednocześnie prawo do moderowania tej przestrzeni tak, żeby pozostała bezpieczna i sensowna.