słoneczko
w biurze przez wystawione na południe okno grzeje mi plecy, więc od końcówki lutego i puszczenia mrozów zaliczam codziennie w pracy dopaminowy strzał. Szef i jedna z współpracownic (pokolenie boomerów) bardzo głośni, słychać ich rozmowy z trzeciego pokoju, więc wciąż odcinam się od hałasu słuchając ulubionej muzyki w słuchawkach - kupiłam sobie na użytek pracowy nauszne JBL-e z bluteoothem. Muzyki w słuchawkach słucham na dość głośnym poziomie, ale że jest to coś, co lubię, a nie pierdoły i niepotrzebne myślenie innych na głos, to nie męczy, nie rozprasza, a wręcz powiedziałabym, że bardziej się skupiam na kolejnych zadaniach. Widzę wyraźnie, że jestem podatna na tempo piosenek, nastrojowe kawałki wprawiają mnie w zadumę (a teraz tego nie chcę, bo kończy się rozkminami i idealizacją wspomnień), więc bez względu na tekst skłaniam się ku wyborom bardziej rytmicznych melodii. Na razie pomijam koncert e-moll Chopina (pisany ze złamanym sercem źle robi na rozterki uczuciowe), ale powinnam co najmniej raz dziennie słuchać Dziewiątej Symfonii Beethovena, która przecież jest o zwycięstwie nad problemami życia doczesnego.
W ogrodzie codziennie wypatruję krokusów. Sąsiad też się już wziął za prace ogrodowe. Ja miałam sobie dzisiaj kupić wapno na trawnik, ale zapomniałam kompletnie. Znak to, że powinnam mieć w domu kalendarz i sobie takie zadania większe i mniejsze zapisywać. Może przy weekendzie się tym bardziej zajmę, pamiętając, że to zadanie powinno być wykonane w marcu. W sobotę ma być u mnie osiemnaście stopni ciepła, więc pewnie w słońcu będzie sporo cieplej, niż w mojej sypialni z oknem na północ. A w ostatni takiego gościa miałam za płotem:
