297
Chyba mogę się nazwać jednostką uzdrowioną psychicznie, bo ostatnio wpadłam na pewne posty jakiejś psycholog na Instagramie i jakkolwiek są one ciekawe, to po przejrzeniu z grubsza, doszłam do wniosku, że zawierają wnioski, do jakich doszłam sama. Zresztą, podczytuję też wpisy psycholog Wojdyłło na profilu Zwierciadła i to co ona mówi, jest prawdziwe, ale dla mnie są to już dawno samodzielnie odkryte prawdy. Moją terapią była praca zawodowa, pisanie bloga i pewien skasowany już wątek na forum Kafeterii. Zwłaszcza pisanie dało możliwość "wygadania się", komentarze innych - możliwość ujrzenia moich problemów z punktu widzenia innych, wpisy innych kobiet na kafeteryjnym wątku - poczucie, że nie jestem jedna sama samotna, a mój los podzieliło wiele innych kobiet. Te wpisy dały też możliwość uzmysłowienia sobie, że rozstania następują z rozmaitych powodów, że można się odbudować po rozstaniu, że wartość kobiety nie jest mierzona "posiadaniem portek" przy boku, że siły trzeba szukać w sobie, poznania pojęć takich jak stres pourazowy i inne takie mądrości. Nie mówiło się wtedy o narcyzach, a psychopatach i psychofagach, zaś o ghostingu (raczej casperingu) i gaslightingu usłyszałam znacznie później, niż ich w praktyce doświadczyłam.
Teraz pewnie pojawiają się jakieś nowe pojęcia (do mnie dotarły może tylko golden retriever boyfriend i jego negatywy i może mooning, który zresztą zdarzyło mi się stosować wobec niechcianych adoratorów). Wraz z psychicznym uzdrowieniem, przestałam się tą tematyką interesować.
Ze spraw przyziemnych to staram się kalkulować w jaki sposób mogę cokolwiek odkładać - jestem jedynym żywicielem rodziny, praca zawodowa przynosi dochód, który wprawdzie zaspokaja nasze potrzeby, ale żeby z pensji coś odłożyć, każdorazowo wiąże się to z rezygnacją z czegoś innego. Pracy zmieniać nie chcę, raz że po prostu lubię, dwa - jak na zakres obowiązków i stanowisko zarabiam w górnych widełkach tego zawodu, trzy - są czynniki pozapłacowe, przede wszystkim dobra atmosfera i nieusankcjonowany, a rzeczywisty ruchomy czas pracy. Na jedzeniu oszczędzać nie chcę, po lokalach nie chodzę, nie pijam kaw na mieście, kino studyjne jest prawie o 30% tańsze niż sieciówka, teatr pozwala mi zachować resztę godności kulturalnej, z zajęć jogi nie chcę rezygnować, bo sama w domu nie umiem się zmobilizować. W listopadzie dostałam premię roczną i całą ją przeznaczyłam na oszczędności. Ktoś z przeszłości spłaca w ratach pieniądze, które kiedyś mu pożyczyłam, więc te drobne kwoty też w całości kieruję na oszczędności. Z subskrypcji mam tylko MS Office. Aplikacja bankowa sama zlicza mi wydatki i wpływy i wylicza różnicę między nimi, więc o ich kontrolę łatwo. Wizualizuję wyłącznie większe pieniądze nauczona doświadczeniem, w którym wizualizowałam dodatkową pracę i oto wkrótce zepsuł się serwer i straciłam dane z siedmiu miesięcy, trzeba było wszystko od nowa wprowadzić.
Niedziela zapowiada się bardzo leniwa i spokojna, rano joga, na niedzielny wieczór kupiłam sobie bilet na "Franza Kafkę" w kinie studyjnym. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w kinie sieciowym, odkąd mnie koleżanka ze studiów "przestawiła" na kino studyjne, oglądam filmy wyłącznie tam. Mam wprawdzie dostęp do serwisów streamowych L., ale jakoś słabo mi idzie korzystanie z nich - za każdym razem mam wrażenie, że wybór jest tak szeroki, że nie wiem, co wybrać i jak już oglądam, to oglądam to, co znam z telewizji (jak przykładowo "Seks w wielkim mieście"). Zaczęłam też czytać "Traktat o łuskaniu fasoli" - książkę, którą już od dawna planowałam poznać i którą z recenzji jest tak wartościowa, że znalazła się nawet w teledysku piosenki "Ciche dni" Kaśki Sochackiej.
Komentarze
Prześlij komentarz
Komentarze są moderowane. Anonimowe komentarze, komentarze osób bez własnych, aktywnych blogów i te, które przez autorkę zostaną uznane za zbyt wścibskie i złośliwe oraz te bez optymizmu, nie będą publikowane.