271
Niedziela leniwa i spokojna. Na jodze praktyka ukierunkowana na otwieranie bioder dała mi popalić, aż w poniedziałek bolał mnie tyłek. Oprócz jogi zrobiłam drugą dobrą rzecz: uprzątnęłam krzesło wstydu. Zachęcona krótką nowelką Sylwii Chutnik "Muzeum pamięci" nabyłam kilka jej e-booków. W planach mam też przeczytanie "Traktatu o łuskaniu fasoli". L. kupił mi czerwone Gazelle, w sensie ja wybrałam, on zapłacił.
Przez dwa dni udało się jeść zgodnie z wytyczonymi godzinami i założeniami, aczkolwiek nie mogę się powstrzymać z myślami o tym, kiedy wreszcie będę miała coś w ustach.
Gazelki przyszły i są śliczne, tylko zamsz muszę zaimpregnować. Zakupy przez L. dla mnie zaczęły się od tego, że stałam sobie kiedyś w pandemii w sklepie przed marynarką za pięć stów, po krótkim namyśle żartem wysłalam do L. zdjęcie marynarki i zdjęcie metki, i napisałam: "Kochanie, przyślij BLIK-a". Przysłał wtedy. On się deklaruje, że kupi, żebym sobie wybrała, ja czasem albo rzadziej przysyłam mailem linka. Kupował też wszystkie moje bilety lotnicze do niego, z wyjątkiem pierwszego razu. Przy eksmężu takie "proszenie się" uważałam za uwłaczające mojej godności, od L. przyjmuję te prezenty z przyjemnością. Ale eksmąż był wręcz chorobliwie skąpy i komentował zazwyczaj negatywnie moje wybory, a L. po prostu płaci i jeszcze zawsze podoba mu się to, co wybieram.
Komentarze
Prześlij komentarz
Komentarze są moderowane. Anonimowe komentarze, komentarze osób bez własnych, aktywnych blogów i te, które przez autorkę zostaną uznane za zbyt wścibskie i złośliwe oraz te bez optymizmu, nie będą publikowane.