277 mam dość

Mam tak dość hałasu w pracy (w jednym czasie w open spejsie potrafią w jednym czasie rozmawiać przez telefon wszyscy, do tego chodzi niszczarka i bębni rąbanka z RMF), że kupiłam sobie słuchawki nauszne, by się odciąć. Na szczęście koleżanka, która bez radia nie potrafi pracować, wychodzi z biura do klienta koło jedenastej-dwunastej i wtedy robi się nieco spokojniej (radio nie buczy). Ktoś kiedyś dzwonił do mnie i zapytał, dlaczego mamy taki kurnik w pracy.


Do tego nieustanna presja czasu, wszystko ma być na przedwczoraj, zeskanowane okiem i wypluty z ust wynik. 


Jak wracam do domu, to nie mam ochoty z nikim gadać - ale zawsze wysłuchuję, co tam tego dnia działo się u syna (wcześniej synów) i on też zawsze pyta, jak mi minął dzień. 


Jednocześnie jest to praca, którą mogłam doskonale połączyć z wychowywaniem w pojedynkę dzieci - mogłam przychodzić po zaprowadzeniu ich do przedszkoli i szkół, a potem wyjść wcześniej, by najpierw po jednego jechać na wieś do szkoły, a potem drugiego odbierać z miasta z przedszkola i wracać do Laskowa. 


Ale dosyć o przeszłości, bo jak wrzucę ten wpis do analizy przez Chat GPT, to znowu mi napisze, że za bardzo skupiam się na przeszłości.


L. nadal w szpitalu po operacji neurologicznej (dekompresja nerwu - tak fachowo określili to lekarze). Czwartego dnia po operacji pod prysznicem rozjechały mu się nogi do niemal szpagatu. Pozbierano go, ale ponoć nie potrafi podnieść się z łóżka. Wkrótce mają go wypisać. Nie mogę do niego jechać, bo wciąż leży na bloku operacyjnym, na ktorym ordynator zakazał odwiedzin.


Ja wyszukałam wycieczkę na prezent, dograłam szczegóły i zapłaciłam. Idzie to do rozliczenia na nas czworo: ja z bratem, brat cioteczny z siostrą. Zamówiłam też torty dla obu par i tak się zastanawiam, czy z nich nie zrobić też prezentu. Kupiłam w empiku karty na życzenia i miałam naprawdę zgryz, bo nie sądzę, by te pary małżeńskie łączyła głęboka miłość i szacunek, raczej wspólny majątek w przypadku ciotki (moj ojciec bez mojej matki nie miałby gdzie mieszkać, mają zresztą od lat rozdzielność majątkową, a dom przepisała na siebie) i przyzwyczajenie. W dodatku według wyznań siostry ciotecznej, mąż ciotki jest przemocowcem. Nie takie złote te gody. Odrzucilam więc karty o głebokiej i szczerej miłości i wybrałam neutralny napis "Gratulacje", bo jednak wytrzymać z moim ojcem pod jednym dachem 50 lat to wyczyn.


Koleżanka nie może zrozumieć, dlaczego na imprezę rodzinną idę solo, "to chore, bo byłaby świetna okazja, żeby go wszyscy poznali". Jakbym miała ochotę dzielić się z dalszą rodziną "zdobyczą" - w chwilach złych nikt z nich ze mną nie był, oprócz jednej cioci z wujkiem nikt mnie nie odwiedził w psychiatryku (a przecież raz tam byłam na ozecie dwa miesiące), zero współczucia, tylko gadanie "poradzi sobie, bo bogata jest", to i w chwilach dobrych ich nie potrzebuję. Zresztą L. wyjdzie ze szpitala prawdopodobnie w piątek, skoro w środę nadal nie umie sie podnieść z łóżka, to nie sądzę, żeby nadawał się na wielogodzinną imprezę na sali bankietowej.

Popularne posty z tego bloga

sobota w łóżku edit.

ofiara nie krzyczy

dyrekcja w tłusty czwartek