287
Pierwsza październikowa niedziela, która przywitała mnie słońcem, niebieskim niebem i złotymi liśćmi. Fakt, złote liście są obecne na drzewach i trawie już od jakiegoś czasu, ale z powodu deszczowej pogody brakowało tego zestawienia kolorystycznego, jakie daje słoneczny, październikowy dzień.
Więc po dwóch czarnych kawach oraz wstawieniu zmywarki i pierwszego prania postanowiłam wyjść posprzątać liście w ogrodzie. Zbieranie liści z trawnika odbywam za pomocą kosiarki, więc trawniki poszły szybko, natomiast kąty pod tujami zostawiłam sobie do wygrabienia na czas, gdy już wszystko zleci z drzew.
Popołudniem teatr na scenie kameralnej. Sztuka OK, dająca do myślenia, natomiast niby mamy widzów wykształconych w mieście, a wciąż dupą się obracają do twarzy siedzących wchodząc do rzędów, nie wyłączają komórek mimo upomnień (dwa razy w czasie spektaklu telefony zadzwoniły, raz przyszedł SMS), przychodzą nawet w dresach do teatru i adidasach (parę razy byłam świadkiem), niektórzy nawet wchodzą w okryciach wierzchnich na widownię. Generalnie, nie wszyscy widzowie są obeznani z savoire vivre.
Dziecko wróciło do domu wieczorem po nocce u ojca, zaśmiechane, że tenże nie miał czasu mu pokazać, jakiego prestylera do włosów używa, bo cały czas zajmował się progeniturą z nowego związku (ma w sumie pięcioro dzieci z trzema kobietami). Moje śmiało się nawet ze skarg ojca, że dzieci mu w nocy spać nie dają. "gdyby to było pierwsze dziecko, to jeszcze można by było współczuć, bo nie wiedział, na co się pisze; a tak..." powiedział, nie pierwszy zresztą raz. Ja oczywiście wysłuchuję tego, ale milczę nie komentując - co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie.
Powinnam dziś iść na jogę.

