313
Poniedziałkowy wieczór - jedna wielka bieganina.
W drodze z pracy spostrzegłam pomarańczową kontrolkę na desce rozdzielczej, wskazująca na niskie ciśnienie w oponach. Podjechałam po lekarzu na stację, coś tam dopompowałam, ale kontrolka nie zgasła.
Po powrocie do domu poprosiłam dziecko, by się zajęło problemem.
Dziecko tak się zajęło, że od kondensatora rozładował się - jak się okazało dzisiaj rano - akumulator. Auto najpierw nie chciało wyłączyć świateł, potem umilkło całkowicie.
Uruchomiłam wszystkie swoje zdolności organizacyjne - dzwoniłam dwa razy do serwisu Toyoty, zgłosiłam zdarzenie do Assistance. Przedtem wymieniłam baterie w kluczyku i pilocie - bo myślałam, że to wina baterii i zdążyłam zamówić taxi z powerbankiem do samochodów. Na grupie pracowej w międzyczasie napisałam, że spóźnię się do pracy. Pan z pomocy assistance zdiagnozował auto telefonicznie i orzekł, że na 99% rozładowała się bateria rozruchowa. I tu uratował mnie brat, który zadzwonił i zapowiedział się na rano z kablami.
Brat już o ósmej rano był, podłączył kable, auto odpaliło.
Strasznie się cieszę, bo już miałam wizję, że uszkodziła się bateria trakcyjna w mojej hybrydzie i trzeba będzie ją wymieniać - czyli znowu koszty. I strasznie się cieszę, że kilkoro ludzi zadbało o mój dobrostan - brat zgłosił się do pomocy i nawet szukał wieczorem instrukcji, jak z baterii trakcyjnej odpalić hybrydę, koleżanka z pracy ofiarowała się, że mnie zawiezie do biura, dziecko natomiast cierpliwie znosiło moje kolejne polecenia. Ja sama zaskoczyłam się, że nie zdenerwowałam się i nie krzyczałam na dziecko, że unieruchomiło samochód - piękny kwiat lotosu na czystej tafli jeziora.