choroba dyrektorska , czyli przeziębienie na weekend
Cały weekend spędziłam w dresie i w łóżku, w niedzielę obudziłam się z koszmarnym bólem głowy, za to bez wody lejącej się z nosa, trzy czwarte dnia przedrzemałam, bo muliło mnie od patrzenia w ekran. W kinie jednak nie byłam, akurat w tym czasie trzymała się mnie gorączka. Koło osiemnastej ból i gorączka odpuściły, poczułam się jak nowo narodzona i teraz zastanawiam się, czy iść jutro do biura, czy też pozwolić sobie na jeden dzień rekonwalescencji.
Bo jak myślę o pracy, to nasuwa się ten mem:
I nie chodzi mi o atmosferę w pracy, szefa czy współpracowników, ale generalnie o dziedzinę, w której cokolwiek w życiu zawodowo się poruszam. Naprawdę, praca w poprzednim życiu to była jak zabawa - choć traktowałam ją bardzo serio.
Nadziela wieczór przyniosła takie uwolnienie od bólu łepetyny, że korzystając z ogłoszenia przez ulubioną pizzerię Międzynarodowego Dnia Pizzy na poniedziałek, postanowiłam pojechać po pizze dla siebie, syna i jego kolegi (który akurat go odwiedził).
Potem kupiłam sobie online serum nawilżające z Dermedic, szczotkę Olivia Garden (kolejna taka, najlepsze jakie miałam) oraz kompletnie szalone i tanie kolczyki noname z chirurgicznej stali.
Zaczęłam czytać "Poezje zebrane" Anny Świrszczyńskiej i jest to pierwsza książka z wierszami w moim życiu.
