w pracy (edit. 2)

jestem od kilku dni w trybie "Nie mów do mnie teraz". Natomiast zauważam w sobie wielkie możliwości koncentracji uwagi na danym zadaniu, co jest różnicą o sto osiemdziesiąt stopni do analogicznego okresu w zeszłym roku, gdy skupiałam uwagę na wypadku L., a potem na lataniu do niego w celach pielęgniarskich. Mam też wrażenie, że procentuje moja wiedza zawodowa.

Wczoraj dzień był taki, że po pracy byłam jakaś taka za mało zmęczona, żeby iść spać, a za bardzo zmęczona, żeby zajmować się ogrodem. A mam co robić w ogrodzie, bo wychodzą chwasty i kupiłam barwinki do posadzenia. Dzisiaj czuję się o wiele lepiej, właściwie mogłabym zająć się po południu sprawami zawodowymi, ale celowo chcę przeznaczać na pracę tyle godzin, ile zapisane jest dla etatu w Kodeksie Pracy - przecież znikąd nie wzięła się norma 8 godzin pracy dziennie. Zamiast tego otworzyłam przy piątku różowe Carlo Rossi.

Co do spraw sercowych (a zastanawiałam się, czy są w ogóle warte wzmianki) po odblokowaniu jego numeru w ramach wzruszeń wielkanocnych i ponownym zablokowaniu po nic niewnoszącej w sprawy wymianie trzech zdań teraz czuję, że ta opowieść dobiegła końca, a w sercu istnieje tylko spokój. Już nawet nie mam złudzeń, że cokolwiek w jego zachowaniu się zmieni. Prawie chciałam opisać publicznie jego zachowanie przy ostatniej wizycie, ale niech zostanie to w mojej i najbliższych pamięci. Nie tęsknię, bo tak naprawdę nie ma za czym - przez te pięć lat żyliśmy na dwa kraje, czasu wspólnego było niewiele, nie zdążyłam nim nasiąknąć, nie muszę więc kawałków jego wydłubywać z siebie latami; tylko na początku był żal, za tym, co by mogło być, jak to sobie wyobrażałam, żal za utraconymi złudzeniami. Na razie w drodze do i z pracy słucham swojej muzyki z telefonu i pozwalam sobie na trwające na czas tej podróży odrzucanie swojego nabranego przez wykonywany zawód pragmatyzmu i marzenia o miłości.

Z rzeczy doczesnych - mam sukienkę na wesele, ale teraz szukam do niej butów. Raczej nic nie schudnę do tej imprezy. Umówiłam fryzjera, hennę i paznokcie.

P.S. Po wymianie wiadomości pytam mojego pomocnika o emocje w danym wpisie. Taka mala myśl po wymianie zdań na Whatsapp, w której padla opinia, że czyta się mnie jak osobę odciętą od emocji. I to jest prawda o mnie - po dramie w życiu dość szybko przechodzę do porządku dziennego nad tym, co dzieje się w moim prywatnym życiu. Życie wymusiło na mnie bycie "twardą", ale pamiętam, że kiedyś wzruszała mnie reklama oliwki Johnson's baby ("jak mam uwierzyć w tę nową miłość, która ma zaledwie parę chwil").  Nie wiem, na ile to ja, na ile lek.  A może taki mam sposób pisania i tego nie chcę zmieniać.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

weekend

mamy po 20 lat

dawno, dawno temu