Zetka zbija argumenty Boomera, Zderzenie pokoleń, czyli o tym jak nie spełniłam marzenia matki
Otóż jak napisałam poprzednio, miałam dołek w poniedziałek, o którym wspomniałam synowi.
Spowodowany był tym, że mój brat w tajemnicy zdał ustny egzamin na doradcę podatkowego, czym spełnił odwieczne marzenie mojej mamy, która twierdzi, że nie startuje do tych uprawnień, bo jej się nie chce.
Mnie na wieść o zdanym egzaminie brata wlazło w głowę poczucie zawiedzenia jako córka (która nie spełniła marzenia matki); przykrość, że brat, którego widzę niemal codziennie, nic nie powiedział wcześniej; do tego chwilowy spadek poczucia własnej wartości i wszystko to przyćmiło fakt, że doradcą podatkowym nie chcę być, ponieważ ze wzlędu na nadmierną empatię nie chcę zajmować się problemami ludzi najczęściej niemających pieniędzy na walkę ze skarbówką i zawsze mówiłam mamie "nie", gdy zaczynała ze mną ten temat, na zmianę zresztą z propozycją zrobienia przeze mnie doktoratu, którego oczywiście "JEJ się też nie chce robić, a mogłaby".
Oczywiście wiedziałam, że nie muszę spełniać marzeń rodziców, każdy teraz żyje jak chce, najlepiej jak zawodowo robi to, co lubi i do tego jest jeszcze odpowiednio wynagradzany, ale jakoś poczucie klęski mnie dopadło.
Pojawiło się pytanie: "Czy jestem wystarczająca, jaka jestem?"
Następnego dnia babcia przeze mnie przekazała dwie stówy w gotówce dla wnuka i paczkę Rafaello. Przyniosłam prezenty do domu i poprosiłam syna, by telefonicznie podziękował babci.
Więc zadzwonił, a babcia, jak to babcia, korzystając z okazji usiłowała go namówić, by przekonał mnie, bym też przystąpiła do tego egzaminu.
Wnuk: Ale po co mama ma to robić?
Babcia: Bo wiesz, mama będzie mogła chodzić w todze jak adwokat.
Wnuk: Ale ja togę też sobie mogę kupić i chodzić w niej po ulicy, i nikt mnie za to nie aresztuje.
(By the way: jeden z moich klientów kupił sobie kiedyś sutannę i lubił w niej chodzić do urzędów zajeżdżając pod nie żółtym cabrioletem.)
Babcia: Ale to jest taki trudny egzamin.
Wnuk: To po co mama ma robić coś trudnego, co mało jej przyniesie.
Babcia: Bo egzamin jest taki trudny.
(Mediana zarobków doradcy podatkowego według portalu wynagrodzenia.pl to 9 tysięcy zł brutto, dla porównania pewna młoda youtuberka, która nagrała filmik z porodu własnego dziecka i wrzuciła go do Internetu, ma na posesji cały specjalny domek na ozdoby świąteczne.)
Dziecko relacjonując mi rozmowę: Żeby babcia powiedziała chociaż, że chce mieć kogoś w rodzinie, jak prawnik czy lekarz, żeby było jej łatwiej, żeby ją wpuścił bez kolejki, że taką ma zachciankę, to bym ją zrozumiał. Ale argument, żeby robić, bo jest trudno? To jest właśnie pokolenie wychowane w kulturze zapierdolu.
Myślę, że to normalne, że w takiej sytuacji zrobiło Ci się przykro. Nie trzeba tego racjonalizować, nawet jeśli można. Jak mówi moje największe odkrycie po 40 ;) All feelings are for feeling.
OdpowiedzUsuńWiem to. Sytuacja z egzaminem to tylko tło, zamiarem wpisu było ukazanie zupełnie innego podejścia do ścieżki kariery a problemu wykształcenia młodego pokolenia. No i problemu wywierania przez rodziców wpływu na dzieci przy braku sensownej argumentacji. Jestem już innym pokoleniem, niż moi rodzice, nie uważam, że pieniądze koniecznie trzeba zarabiać ciężko i staram się nie ingerować w wybory moich dzieci, nawet gdy starszy syn w technikum miał gap year i do matury zdecydował się przystąpić poza zwyczajowym systemem edukacji (czyli po prostu zdal egzaminy licealne zaocznie i sam uczył się do matury. W efekcie mimo ze technikum w którejś klasie miał banię z maty na koniec roku, teraz studiuje matematykę, jego marzeniem jest zostanie quantative - ja nie wiem nawet, na czym ten zawód polega. Moja mama po prostu nie wychodzi poza bańkę zawodów związanych z podatkami).
Usuń