warszafka X prowincja

Od dziewiętnastego roku życia jestem naturalizowaną wieśniaczką, mimo że albo uczyłam się w miastach, albo w nich zarabiałam pieniądze.

Ostatnio jeden z klientów w poszukiwaniu rozwiązania pewnego problemu zwrócił się o pomoc do firmy ze stolicy. Ja się nieco zdenerwowałam, gdy wyguglowałam ich stronę w Internecie i opis na niej "pomagamy, gdy dział [za który jestem odpowiedzialna u klienta] jest niewydolny". Ale nic to. Pomyślałam (i nawet napisałam na blogu), że traktuję to jako szansę na poznanie nowych ludzi.

Zaczęło się korporacyjnie, angielskojęzyczne nazwy stanowisk, wydumane prezentacje, spotkania online, które można by zamknąć w jednym mailu.

Ja tymczasem porozmawiałam po ludzku z prawą ręką właściciela, wytłumaczyłam mailowo dane, które prezentuję co miesiąc (tu przyznaję się do overthinking - zamiast napisać jednego maila, ja w ciągu dwóch godzin stworzyłam ich chyba z osiem), czyli jak to określa mój audytor "zidentyfikowałam miejsca powstawania zagrożeń". Co o moich wnioskach myśli właściciel - nie wiem, ale do współpracy szumnie nazwanej "Firma A X Firma B" chyba nie dojdzie, bo według ostatniej mojej rozmowy z jego asystentem - właściciel "ukrywa się" przed zarządzającym korporacją.

***

Do końca tygodnia wzięłam urlop, dzisiaj spałam prawie dwanaście godzin i chcę rozpocząć dzień od kąpieli w wannie. Jeszcze nie wiem, co zrobię z dniem, nie mam ustalonych planów. Może skoszę trawę, a może cały dzień przebimbam. Pierwsze cztery miesiące roku były pracowo bardzo napięte, dopiero w maju sytuacja się uspokoiła, a teraz przyszedł czas na parę dni wolnego.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

dzyndzelek

trigger (edit.)

Fagata na Juwenaliach

niektóre małżeństwa powinny dawno się rozwieść