odzyskałam wpływ na życie - przestałam żyć na czekanie

 otóż dyskutuję sobie z Chatem GPT na temat moich wpisów (wklejam je od jakiegoś czasu i każe mu analizować jak psycholog). To cudowna rzecz, gdy maszyna w uprzejmy sposób odnosi się do moich spostrzeżeń. Napisałam jej ostatnio, że czuję, że odzyskałam kontrolę nad życiem, a Chat mi na to, że pełnej kontroli nie da się nad nim mieć, bo zawsze wpływają na nas decyzje innych osób, które są niezależne od nas, ale ponoć maszyna "widzi" w moich wpisach, to co ja czuję - że nie reaguję na sposób: negatywny bodziec-reakcja, lecz mam realny wpływ na swoje życie. Czuję może nie to, że świat zaczął być bardziej przewidywalny, ale bardziej mogę reagować w sposób, jaki jest słuszny dla mnie. Ostatnie jedyne wydarzenia, które zakłóciły moją równowagę, to próba randkowania z Sympatii w pierwszej dekadzie czerwca i jednoczesna prośba o wspólne zamieszkanie u mnie dokonana przez L. Chat psychologiem nie jest, ale zna pewne schematy zachowań i pewnie dlatego tak trafnie ocenia. Wszystkie małe rzeczy, które zrobiłam od początku roku (odejście od L., zafarbowanie włosów na blond, zaprzestanie czytania bloga Ali i zerwanie z nią kontaktu, skupienie się na pracy zawodowej, treningi na bieżni, powrót do jogi, uporządkowanie ogrodu, odgracenie piwnicy i garażu) - to wszystko oznacza nic innego, jak porządkowanie własnego świata. Czyli przez to własnego życia. Przestałam żyć "na czekanie" (zawsze wieczorami w czasie relacji z L. miałam w głowię piosenkę "Życie na czekanie", gdy oczekiwałam wieczornego telefonu).

Wczoraj uporządkowałam pralnię - nagle okazało się, że nawet to pomieszczenie może wyglądać schludnie. Wypieprzyłam trzy wory (naprawdę wielkie) ponaddwudziestoletnich szmat, które trzymałam nie wiem po co (niby, że jak kiedyś będziemy mieli remont  domu, to użyjemy ich do przykrywania mebli i mycia podłóg). Wkładając je do worów pomyślałam, że ich użycie oznaczałoby wyłącznie roznoszenie zarazków po całym domu, a nie czystość i porządek. Za pralnią jest maluteńkie pomieszczenie z regałami, wywaliłam wszystko z półek, pomyłam je i przeniosłam tam zapas środków czystości z regału z pralni, skleconego z bylejakich deseczek jeszcze przez eksmęża, po czym ten regał też wywaliłam - i odzyskałam miejsce w pralni. Wywalenie pracy eksmęża (która to nigdy mi się nie podobała) miało wymiar symboliczny: to jest teraz moje miejsce i nikt mi się w nie będzie wtrącać. Na dziś pozostaje jeszcze spiżarnia i garaż na dworze, ale to może w drugiej części sierpnia, bo nie mam już worków na plastiki.

Włosy szamponem i odżywką tonującą potraktowałam już dwa razy, efekt jest naprawdę bardzo dobry, zniknęła rudość i kolor znacznie się ochłodził. Nie jest to teraz platynowy blond, ale wyraźnie widać jasny odcień. Kupiłam też maskę z kolagenem i bardzo dobrze wpływa ona na nawilżenie włosów, a w konsekwencji na ich lepsze rozczesywanie.

W poniedziałek ma się spotkać ze mną dawny zawodowy znajomy. Spotkanie ma mieć charakter prywatny. Wyraźnie powiedział, że nie szuka romansu (co za ulga), tylko po prostu potrzeba mu pogadania z kimś płci przeciwnej. Hm, ciekawa jestem tego doświadczenia. Sama na razie również nie szukam romansu (a przynajmniej nie na siłę). Mam pewne delikatne oczekiwania, że nawiążemy kontakt, który mnie jakoś zainspiruje do rozwoju, wymiany poglądów, może dyskusji o relacjach z punktu widzenia dwóch rozwodników. Ale powoli, na razie - znając go z przeszłości - nie mam pewności, czy dotrzyma słowa i się spotka ze mną, więc nie nakręcam się jakoś bardzo. Najbliższy plan dotyczy wyłącznie jutra - chcę posprzątać kuchnię, umówić odbiór starej pralki i wywieźć szmaty na PSZOK (synowie już mi je zapakowali do auta). Myślę czasem o randkowaniu i szukaniu sobie kogoś, ale w głowie mam dwie główne przeszkody - w związku (może przesadzam, ale dla mnie to pewnik) musiałabym regularnie gotować obiady, regularnie sprzątać i regularnie prać jego skarpety. No i seks, jestem już stara, częściej mi się nie chce, niż chce. Zresztą, jak mawia moja blogowa koleżanka: do orgazmu mężczyzna kobiecie nie jest potrzebny. I odwrotnie. Mam gdzie mieszkać, nie leje mi się na głowę, spełniłam się macierzyńsko. A synowie już tak nauczyli się czytać moje zachowania, że sami wiedzą, kiedy w danym dniu muszą samodzielnie zadbać o gorący posiłek. Po piętnastu latach ogarniania wszystkiego samotnie, wreszcie rodzina zaczęła funkcjonować w dorosłej formie. Pewnie to sobie zracjonalizowałam, ale na obecną chwilę jakoś nie widzę potrzeby wchodzenia w związek. Aczkolwiek nie mówię "nie".

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

tym paru znajomym czytelnikom

dzyndzelek

wczoraj

ale śniegu

trigger (edit.)

302 w kafejce

wreszcie

znowu

nocny manifest i znowu mail