portal, czyli coś mi się porobiło

 Przez ostatni tydzień miałam konto na portalu randkowym. I chyba stało się coś w mojej głowie, czego wcześniej jeszcze do końca nie nazywałam. Otóż uświadomiłam sobie, że mężczyźni zaczęli mnie nudzić.  Patrzyłam na profile i miałam momentami dość osobliwe wrażenie: jacy oni wszyscy są jacyś… nieciekawi, zaniedbani, zdesperowani (tu przepraszam panów za określenie). Nie w sensie, że każdy z nich jest złym człowiekiem. Raczej w sensie tego całego przedstawienia: kolejny pan szuka kobiety, kolejny chce „poznać kogoś wyjątkowego”, kolejny pisze o podróżach, rozwoju osobistym, gotowaniu albo sporcie. I ja patrzę na to wszystko i myślę: naprawdę mam poświęcać temu swój czas?

Kiedyś prawdopodobnie patrzyłabym na to inaczej. Byłaby ciekawość, nadzieja, może ekscytacja. Teraz przede wszystkim widzę koszty. Już wiem, czym jest związek. Nie wiem wszystkiego o każdym możliwym człowieku, oczywiście, ale wiem bardzo dużo o funkcjonowaniu w związku. Wiem, co oznacza wpuszczenie drugiej osoby do własnego życia, ile daje bliskość, ale wiem też, ile może kosztować. Wiem, czym jest dostosowywanie własnego czasu do drugiej osoby, kompromisy, cudze nastroje, oczekiwania, obowiązki i odpowiedzialność.

I chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę doceniam to, że jestem panią swojego czasu. Mam ochotę odpocząć – odpoczywam. Chcę coś ugotować – gotuję. Nie chce mi się gotować – nie gotuję. Chcę mieć ciszę – mam ciszę. Chcę w sobotę siedzieć sama w domu – siedzę. Nie muszę uwzględniać czyjegoś planu dnia, apetytu, humoru, potrzeb, rodziny, znajomych i tego, czy ktoś ma akurat ochotę coś robić. Jest dziecko, ale zwykle zajęte własnymi sprawami, no i nie zawraca mi głowy o seks, wtedy gdy nie mam na niego ochoty.

I nagle zaczęłam się zastanawiać: co właściwie miałby mi dać przeciętny mężczyzna, żebym chciała z tego zrezygnować? Jeżeli miałby być kolejną osobą, którą trzeba obsługiwać, prać, sprzątać po niej, gotować, podawać posiłki, organizować życie i jeszcze dodatkowo znosić jej humory, to naprawdę nie widzę w tym interesu. Oczywiście nie każdy mężczyzna taki jest. Są mężczyźni, którzy potrafią prowadzić dom, gotować, sprzątać, robić zakupy i być prawdziwymi partnerami. ale czy mnie się jeszcze chce wysilać, by szukać takiego? Jaki by musiał być, żebym chciała "stracić" wolność?

Jeżeli już miałby się w moim życiu pojawić, musiałby je wzbogacić. I tutaj dochodzę do bardzo wysokiego, być może dla niektórych absurdalnie wysokiego wymagania: on naprawdę musiałby mnie zachwycić. Nie musi być idealny, piękny, bogaty ani doskonały psychologicznie. Ale musi być kimś, przy kim pomyślę: o, ten człowiek jest naprawdę interesujący. Ma coś, czego nie spotykam codziennie. Jestem ciekawa, co ma w głowie. Lubię jego sposób patrzenia na świat. Dobrze mi się z nim rozmawia. Jest dojrzały. Jest samodzielny. Nie potrzebuje kobiety jako opiekunki. Nie szuka kolejnego projektu do naprawiania, ani nie chce być kolejnym projektem do naprawiania.

Jeden z mężczyzn, z którymi rozmawiałam, pisał naprawdę ciekawie. Tylko że miał w opisie „under construction” i link do jakiegoś filmiku z poppsychologią o związkach. I pomyślałam sobie: człowieku, masz 52 lata. Naprawdę nadal jesteś na etapie poszukiwania prawd objawionych o tym, jak powinien wyglądać związek? Może to niesprawiedliwe. Być może „under construction” oznaczało coś zupełnie innego. Ale moja reakcja była dla mnie interesująca. Kiedyś pomyślałabym: jaki świadomy facet, pracuje nad sobą. Teraz pomyślałam: ja nie chcę kolejnego projektu. Chcę człowieka, który zasadniczo już wie, kim jest.

I chyba właśnie tutaj nastąpiła u mnie jakaś zmiana.

To jest zresztą bardzo dziwne doświadczenie, bo społeczeństwo nadal ma niezwykle mocny schemat „bycia w parze”. Jak kobieta mówi, że jest sama, natychmiast pojawia się pytanie: dlaczego? Może jeszcze nie spotkała właściwego. Może za bardzo się zamknęła. Może boi się bliskości. Może powinna bardziej szukać. Niewiele osób pyta natomiast: a może jej po prostu dobrze? A może kobieta, która ma dorosłe dzieci, własne życie, doświadczenia, własne zainteresowania i odzyskała pełną autonomię, naprawdę nie chce zamieniać tego spokoju na przeciętnego faceta? To jest chyba coś, czego wiele osób nie rozumie.

Bo w powszechnym myśleniu związek jest nagrodą, a samotność brakiem.

U mnie zaczęło się to odwracać. Mam już bardzo dużo: swoje zagospodarowane życie. I dlatego mężczyzna, który miałby do niego wejść, nie wszedłby w pustą przestrzeń. Nie miałby zadania wypełnić moich braków. On by wszedł w przestrzeń już zajętą. Musiałby więc wnieść coś naprawdę wartościowego. Nie potrzebuję kolejnej osoby do obsługi, kogoś kto będzie mi organizował życie. Nie potrzebuję też związku jako dowodu, że jestem atrakcyjna, kochana czy „normalna”.

I chyba właśnie dlatego po tygodniu zawiesiłam portal. Mam wrażenie, że dostałam bardzo konkretną informację zwrotną od rzeczywistości: sprawdziłam, jak wygląda rynek i na razie nie znalazłam oferty, dla której chciałabym oddać choć kawałek swojej wolności. I piszę to nie dlatego, że uważam, że związki to same wady, tylko że sama jestem zdziwiona, jak bardzo mi się odmieniło. Skrystalizowało się coś, co czułam pod skórą od dłuższego czasu. Coś się ze mną porobiło. Teraz, a jestem już starawą babą w perimenopauzie, czuję się taką całością, że choć czasem myślę, że fajnie byłoby mieć kogoś, na dłuższą metę w ogóle nie czuję takiej potrzeby. Jak mawia moja znajoma, "facet do orgazmu nie jest potrzebny"  co przy statystycznie 3-minutach stosunku płciowego w Polsce mówi samo za siebie. Na tyle ogarniam życie - i tu nie chcę być źle zrozumiana, nie chodzi mi o to, że jestem "silna i niezależna", bo przecież odpłatnie korzystam z usług i kobiet, i mężczyzn - że nie widzę konieczności bycia z kimś, kto ogarnie życie za mnie. Odpada cały stres relacyjny (czy jak go zwał). Jest dużo swobody. Dzieci mam, więc tu absolutnie nie czuję braku. Gdybym miała być z kimś, to stawiałabym na powolne poznawanie się (a panowie na portalach, z którymi rozmawiałam, zwykle oczekiwali określenia się nawet na pierwszej randce), całkowitą transparentność (tu też ludzie różnie wypadają) i przede wszystkim na to, że mężczyzna miałby być wartością dodaną do mojego życia, które i bez niego jest wspaniałe. Natomiast do każdego poznanego podchodzę poważnie, tyle że z wiekiem robię się tak wybredna, że chyba teraz nawet tańczenie na rzęsach nie byłoby wystarczające. W moim przypadku do głosu doszła suma doświadczeń, przeczytanych lektur, mądrych wykładów, analiza własna, poznanie schematów ludzkich, świadomość własnej wartości, wiedza o tym czego nie chcę, wygoda, uwarunkowania finansowe - pierwsze, co przychodzi mi do głowy. Może mam błędne przekonanie, ale myślę, że gdybym do tej pory była z pierwszym poważnym partnerem, inaczej bym myślała i pewnie nawet inne warianty nie przychodziłyby mi do głowy jako w ogóle dopuszczalne. Natomiast życie przebiegło wbrew założeniom i obietnicom, więc i moje myślenie z czasem uległo zmianie. Ale - jak doświadczam czasem - świat wciąż się dziwi samotnym kobietom.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

tym paru znajomym czytelnikom

dzyndzelek

wczoraj

ale śniegu

trigger (edit.) (komentarz do komentarzy pod "dzyndzelkiem")

znowu

wreszcie

czuję energię i optymizm

302 w kafejce