porządki w ogrodzie, czyli spodobałam się na brudno
Obudziłam się przed budzikiem, jak się okazało na szczęście w samą porę, bo telefon miałam rozładowany. Kawka, jakieś Internety do kawki i przed siódmą przyjechały majstry do ogrodu, choć jeszcze wczoraj bałam się dzwonić, czy będą – ze względu na niemiłosierne upały. Ale minikoparka do wykopywania korzeni była umówiona, więc ekipa się stawiła. Od prac zrobionych serce rośnie – ogród wizualnie się powiększył, a ja się bardzo, bardzo cieszę, że pomysł wycięcia za wielkich już rozmiarami tuj wpadł mi do głowy i nie było większych problemów z realizacją.
Teraz czekam, aż temperatury zelżeją i zabieram się za wyrównywanie dziur po korzeniach ściętych krzewów, a potem – na co jeszcze bardziej się cieszę – biorę się za nowe nasadzenia, tym razem chcę, by to były rośliny tak posadzone, by zawsze coś kolorowo kwitło. Żartowałam do sąsiadów, że muszę teraz tak wszystko zaplanować, by mieli ładny widok z okna salonu.
Minikoparka przyjechała na lawecie, z operatorem koparki pogadałam trochę w domu (zaprosiłam go do wewnątrz, by trochę odsapnął, bo słońce już paliło, mimo że nie było jeszcze dziewiątej) i przyjechał po niego kierowca. Gadka szmatka, pan kierowca pod pozorem, że szuka działki w okolicy, wziął ode mnie numer telefonu, co wieczorem okazało się podstępem, bo zadzwonił z propozycją wyjścia na kawę. Rano byłam w bardzo domowym stroju, włosy miałam nieumyte i spięte, trochę fluidu na twarzy – a przecież przysłowie mówi „jak nie spodoba się na brudno, to na czysto trudno”. Zamieniłam kilka słów i okazało się, że miałabym być umilaczem jego samotności po rozwodzie, gdyż panu samemu nudzi się w domu. Pan stwierdził, że mu odpowiadam, bo on ma weekendy wolne od pracy i ja też mam weekendy wolne od pracy, a on mieszka bez dzieci i nie ma się do kogo odezwać, bo nawet mucha nie przeleci. Zero sportów, zero zainteresowań. Jako, że nie mam zamiaru być niczyim lekiem na samotność i nudę i wyjście na kolejną randkę w ciemno nie jest dla mnie optymalnym sposobem poznawania (dobrze) ludzi, facet nie powiedział nic o sobie i widział dom, w którym mieszkam, powiedział, że kawę może postawić, ale chciałby żeby partnerka też coś finansowała, nie zgodziłam się, a numer jego telefonu wysłałam do czorta (czyli skierowałam do skrzynki głosowej). Nie chce mi się nawet tracić energii na zapoznawczą kawę z nieznajomym, kto zupelnie nie wydaje mi się zajmujący. Nie mam czasu na to. Zresztą, mój brzuch powiedział mi natychmiast, że nie chcę tak szybko się spotykać z kolejną osobą, o której zupełnie nic nie wiem (albo też wiem wystarczająo dużo, by do spotkania nie doszło). „Słuchaj brzucha” (czyli intuicji) mówiła każda moja wróżba i pewnie niejeden terapeuta powiedziałby to samo.
Po wszystkim opinię wyraził mój syn: "mama, kobiety średnio żyja 82 lata, co znaczy, że Ty masz jeszcze co najmniej 30 lat życia przed sobą. faceci - 72. On ma koło 60, więc będzie żył jeszcze ze dwanaście lat, co znaczy, że jakbyście się spiknęli, to i tak dwie trzecie pozostałej reszty życia będziesz sama."
Na razie więc zajmuję się sobą, pracą zawodową i (mam nadzieję już niebawem) ogrodem.
Komentarze
Prześlij komentarz
Po kilku miesiącach przerwy ponownie włączam możliwość komentowania.
Tamta decyzja była świadoma — potrzebowałam ciszy i przestrzeni dla siebie po zakończeniu związku, którego końcowy etap to trudne doświadczenia z osobą popadającą coraz głębiej w nałóg.
Dziś jestem w innym miejscu, dlatego wracam do dialogu.
Jeśli chcesz coś tu zostawić — opinię, refleksję, swoje doświadczenie — będzie mi miło.
Zostawiam sobie jednocześnie prawo do moderowania tej przestrzeni tak, żeby pozostała bezpieczna i sensowna.