Posty

Wyświetlanie postów z luty, 2026

matki boskiej pieniężnej

 dziś świętowałam, bo wypłynęła i wypłata, i zwrot podatku z urzędu skarbowego. Wróciłam do jogi i czuję, że potrzebne mi to było - krew po marszu na bieżni krąży, ale ciało jakby usztywniło mi się ostatnio albo może odczuwam w nim różnicę między stanem, gdy regularnie praktykowałam, a stanem gdy tych praktyk zaniechałam. W pracy mega skupienie, ale zadanie na dziś  - część całości planowanej do zrobienia na koniec tygodnia zawodowego - wykonane. 

wróciłam

 na jogę. Dopiero teraz widzę, jak nałóg L. zaczynał rozpieprzać moje życie. Całe szczęście, nie zdążyliśmy zamieszkać razem, bo pewnie wyszłabym z tego jako osoba współuzależniona. Albo bym nie umiała wyjść. Zaczęłam lepiej zasypiać i rzadziej wybudzam się w nocy. Zaczęłam z powrotem jeść w sposób bardziej jakościowy. Przestałam mieć zmienne nastroje. Lepiej koncentruję się w pracy. W umyśle spokój. Na jodze, zamiast co trochę zerkać na telefon, czy on dzwoni, tak się zatraciłam, że wydawało mi się, że trzy razy zrobiłam psa z głową w dole i już był koniec. Nowa jakość życia. A niby nic się w nim nie zmieniło.

wczoraj

Obraz
 myśli odpłynęły na chwilę ku niedawnej przeszłości, na szczęście szybko przyszło otrzeźwienie. Fala przepłynęła i nie zatrzymała się, po krótkiej wymianie zdań z AI ustaliłyśmy wersję, że to był impuls, ale emocje zostały w porę uregulowane. Mózg jednak romantyzuje przeszłość, zwłaszcza tę niespełnioną. Piosenka na obecne dni to Sombr "Homewrecker", grana ostatnio w radiu w chwilach moich przejazdów do/z pracy. Kojarzy mi się ze słońcem, latem i szczęściem, przynajmniej melodia.

weekend

Piątek uczyniłam sobie dniem wolnym od pracy zawodowej w związku z pomalowaniem sobie włosów u fryzjera. Spędziłam cudowny poranek w łóżku - kawa za kawą i sporo czytania. Kiedyś nie do pomyślenia, by w dzień deadline'u mieć urlop. Kolor włosów wyszedł świetnie, zupełnie nie płaski, a jednocześnie bardzo naturalny. Napracowała się fryzjerka. Nie zdecydowałam się na cięcie uważając, że mam jeszcze fajną linię włosów i niechże sobie rosną w spokoju. Przy okazji, widziałyście włosy modelek na ostatnim pokazie Prady? Wieczorem czytałam krótką dyskusję na temat definicji gwałtu (ktoś napisał, o zgrozo, że gwałt jest wtedy, gdy jedna ze strona nie ma PRZYJEMNOŚCI, gdy ma przyjemność, to może mówić początkowo nie), więc doczytałam obecną  w polskim Kodeksie Karnym (coś mi się obiło o oczy jesienią, że będzie zmiana) - ma być consent. W następstwie w nocy śniło mi się, że jestem gwałcona przez diabła, mam przyjemność, a potem zarzucam mu brak wyraźnej zgody na seks. Jak się przebudziłam, t...

kompletna i stabilna

 Nigdy nie czułam się tak kompletna i stabilna, jak teraz. Przekłada się to chociażby na - jak się wydaje - brak zaspokajania deficytów przez kompulsywne zakupy odzieży online. W lutym kupiłam dosłownie jeden ciuch i to z drugiej ręki - jest to bluza, którą kiedyś miałam, wydałam do ludzi i teraz sobie "odkupiłam". Na większość stron sklepów internetowych przestałam wchodzić, właściwie odpalam ad hoc tylko Zalando i poprzestaję na wyświetleniu strony wejścia. Poza tym czuć wiosnę.

dzisiaj dwumiesięcznica (edit.)

 wiadomego wydarzenia (piszę ogólnikowo, bo w sumie i tak za dużo treści temu wydarzeniu poświęciłam).  W połączeniu tego wydarzenia z suplementacją kompleksu witaminy B Aliness, magnezu (cytrynian magnezu) Sunday Natural i mojego ulubionego zestawu olejów rybich BioMarine Medical oraz ruchu na bieżni obserwuję znaczną poprawę jakości życia, snu, skupienia. Przestały dokuczać wahania nastroju, śpię w nocy, BARDZO poprawiła mi się koncentracja w pracy (co przekłada się wprost proporcjonalnie na szybkość wykonywania zadań i polepszenie ogólnie pojętych procesów zawodowych), do tego - co tu kryć - jestem OGROMNIE zadowolona z życia.  Bolączki psychiczne i fizyczne jak odjął ręką.  Daje się odczuć brak stresu relacyjnego. Poprawił mi się stan cery, a do tego zapewne przyłożyło rękę stosowanie kremów z peptydami, odstawienie retinolu (który w sumie pociemnił mi twarz, peptydy - mam wrażenie i świadectwa bliskich - z powrotem ją rozjaśniły), regularne stosowanie SPF50, naw...

You can't love anyone, 'cause that would mean you had a heart

wybrzmiewa nadal w moich uszach (bez skojarzeń z wszystkimi eks, a może trochę ;) ) - nabyłam słuchawki JBL i pięknie w nich dudnią basy.  Bardzo podoba mi się wszystko, i tekst, i muzyka, i aranżacja i wykonanie. Przy tej piosence czuję, że chiński Nowy Rok i dzisiejszy nów przyniósł mi mnóstwo energii. Zwłaszcza, że w piątek i dzisiaj w ćwierkaniu ptaków usłyszałam wiosnę. Dzień zawodowo naprawdę wydajny. Tak się nabuzowałam, że jedyne o czym myślałam po powrocie z biura, to zamknąć się w swoim pokoju - jednak odreagowałam na bieżni i byłam gotowa zjeść z dzieckiem obiad (dziecko gotowało). W pracy od jakiegoś czasu unikam rozpraszaczy - nie wchodzę na żadne rozrywkowe strony, nie czytam bloggera (wraz z Vitalią skończył się nawyk porannej "prasówki"), więc jest to siedem godzin w pełni poświęcone zawodowi.

piosenka na dziś

Obraz
 to Olivia Rodrigo "vampire" słuchana w pętli.  Dzisiaj skończyłam lutowy "obchód" po lekarzach. Jestem bardzo posłuszną, może dzięki temu dobrze rokującą pacjentką. Wspomniałam ostatnio przyjaciółce, że uważam, że mój lek jest cudownym wynalazkiem - biorę zastrzyk w tyłek, a działa na głowę. Latkaa na to: "no bo przecież dupa z głową jest połączona: jak cię ktoś kopnie w dupę, to się popłaczesz, a jak ci wbije igłę w oko, to się posrasz". Moja lekarka uśmiechnęła się tylko i odrzekła, że to przez krążenie krwi. W ogóle dużo zrobiłam dla siebie w tym miesiącu, włącznie z fachowym pedicure i codziennym spacerem. Jutro postaram się umówić fryzjera. Z pracą zawodową jestem opóźniona o tydzień, więc zostały mi cztery dni na wszystkich klientów. Moi byli klienci wzięli udział w programie "Bogaty dom, biedny dom". Oni oczywiście jako ci bogaci. Cóż, ja ich biznes widziałam "od środka", miałam mieszane uczucia oglądając odcinek z ich udziałem....

46. dzień roku

Bardzo fajna niedziela. Zaraz po północy, jak tylko ruszył e-pit, wysłałam sobie zeznanie podatkowe. Nauczona doświadczeniem w sprawie dyskusji ze skarbówką w temacie ulgi rodzicielskiej, zawsze już wcześniej wysyłam do eks wiadomość, co robimy z tym odliczeniem. Eks - nauczony doświadczeniem z trzema matkami swoich dzieci (różnie podchodzą do kontaktów ojca z dzieckiem po rozstaniu) decyduje oddać swoją część ulgi mnie.  Woskowałam sobie dzisiaj bikini i myślałam o tym, że mam już tyle lat, że mam swoje ulubione produkty, zapachy, praktyki i może pasowałoby gdzieś to wszystko spisać. Może napiszę o tym kiedyś post, a może nie, blog jest poświęcony myślom z teraz, często jest pisany pod wpływem chwili, więc jak to chwilowe myśli - przepływają i ulatniają się. Może ulubione produkty i stałe nawyki oznaczają, że coraz bardziej osadzam się w swojej bańce, czy jak tam zwał: kokonie komfortu. Wczoraj wpadła do mnie przyjaciółka (znamy się od szóstej klasy podstawówki), więc po...

a jednak, wbrew oczekiwaniom, dostałam walentynkę (edit.)

 od niego. Z jednej strony miłe uczucie, połechtanie ego (próżności własnej) - znak, że coś znaczyłam/nadal znaczę; z drugiej strony -  zawód, bo bez odpowiedzi na moje konstatacje, nie odpisałam więc i nie zamierzam odpisać. Walentynka bez ani jednego słowa, więc zostawiłam ją w ciszy. Tu nie ma dialogu, rozmowy (czy trudnej, czy  łatwej), było tylko moje mówienie jak grochem o ścianę. Czasem przeglądam stare wpisy o miłych chwilach i zastanawiam się wtedy, czy "pudrowałam gówno". Może aż tak to nie, chwile były rzeczywiście miłe, ale było to wybiórcze ujmowanie tematu z jednej tylko strony. Rozmawiałam z przyjaciółką, która jest DDA i ona powiedziała coś takiego, że musiałoby się coś poważnego zadziać, żeby alkoholik rzucił picie, w przypadku jej ojca był to dopiero jego udar. I gadałyśmy też o tym, że są zawody, w tym zawód L., w których stres ludzie rozładowują przez alkohol. *** Co do rozmowy z przyjaciółką, ja przyznałam się jej, że przed zerwaniem kazałam postawić ...

w nocy

 obudziłam się z poczuciem wyspania i prawie miałam wstać, by jechać do biura pracować (mam tyle zaległości, że w normalnym trybie wydaje się to nie do nadrobienia), ale pomyślałam, że dzień miałam w planach zacząć od wizyty u dentysty, więc nie pojadę do niego po nieprzespanej nocy i z brakiem makijażu. Na szczęście zasnęłam powtórnie bez problemów. W pracy trochę uporządkowałam biurko. Dwóch klientów zadzwoniło z pospieszeniem mnie, w tym jeden jak jeszcze byłam u lekarza (byłam grzeczna, choć w środku pomyślałam sobie "nie poganiaj mnie, bo tracę oddech"), zrobiłam ich od razu po przyjściu do biura, ale z zemsty (może po prostu z przekory) zaprogramowałam wysłanie maili z wynikami dopiero w godzinach popołudniowych. Potem dalsze porządkowanie biurka - wpinanie dokumentów do segregatorów i drukowanie na nie nowych etykiet. Nie było dyrekcji, więc nikt nie zawracał głowy gadaniem, w ciszy sobie dłubałam swoje. Tydzień dobry, trzy dni zeszły na rozwiązywanie problemów klienta...

dyrekcja w tłusty czwartek

nie zaskoczyła pracowników i nabyła pączki z biedronki. Czytałam wcześniej opinię o ich składzie na profilu Pomysłodawców i wzgardziłam, niech ten olej palmowy w zestawieniu z wieloma "E" dyrekcja sama wrzuca do swojego żołądka. Z tych pączków tylko jeden został zjedzony, akurat nie przy mnie, więc nie wiem, kto się odważył. Za to jeden z klientów przyniósł megadrogie jak na lokalne ceny (dwanaście złotych sztuka) pączki z serkiem mascarpone i żurawiną. Zjadłam pół w nadziei, że cena odpowiada za lepszy skład. Byłam na kontroli u lekarza, TSH po zwyżkach według ostatniego badania w normie, nie wiem, czy to zasługa uporządkowania życia (nie ma stresu okołozwiązkowego), czy też tego, że wdrożyłam regularny ruch. W USG na tarczycy wyszły guzki, więc dostałam skierowanie do endokrynologa. Jako że sprawa nie jest pilna, czekam na NFZ. Poza tym czas płynie mi jak szalony, w tym tygodniu trzy dni byłam skupiona na problemach innego z klientów, sporo czasu spędziłam w jego siedzibie,...

ofiara nie krzyczy

 Miałam sen krótki, ale bardzo wymowny. Otóż jestem u mojej wiejskiej babci, jestem prawie dorosła. Kładę różne dzieci spać i sama szykuję się do snu. Nagle wraca z bibki pewna ciotka, przyprowadza ze sobą młodzieńca. Ja mam się przebrać do snu. Przy nim. Zakładam na rajstopy spodnie dresowe i dopiero wtedy ściągam spódnicę. Ściągam koszulę i decyduję się zostać w halce. Nie mogę znaleźć bluzy od dresu. Przekładam stos ubrań, ale bluzy nie ma. Nagle czuję, że on stoi za mną, mówi "kocham cię" i całuje mnie w szyję. Myślę sobie szyderczo "tak, na pewno, od pierwszego wejrzenia" i paraliżuje mnie strach. Chcę krzyczeć, ale głos nie wychodzi z gardła. Cięcie. W następnej scenie leżę przerażona w łóżku, w ręce trzymam telefon, ciemność, mam otwarte oczy, ale udaję że śpię. On podchodzi do mnie, świeci swoim telefonem i mówi "daj znać telefonem, jak będziesz chciała wstać". Budzę się. Przez kilka sekund mam wrażenie, że widzę jego twarz, nie umiem oddychać, wre...

choroba dyrektorska , czyli przeziębienie na weekend

Obraz
 Cały weekend spędziłam w dresie i w łóżku, w niedzielę obudziłam się z koszmarnym bólem głowy, za to bez wody lejącej się z nosa, trzy czwarte dnia przedrzemałam, bo muliło mnie od patrzenia w ekran.  W kinie jednak nie byłam, akurat w tym czasie trzymała się mnie gorączka. Koło osiemnastej ból i gorączka odpuściły, poczułam się jak nowo narodzona i teraz zastanawiam się, czy iść jutro do biura, czy też pozwolić sobie na jeden dzień rekonwalescencji. Bo jak myślę o pracy, to nasuwa się ten mem: I nie chodzi mi o atmosferę w pracy, szefa czy współpracowników, ale generalnie o dziedzinę, w której cokolwiek w życiu zawodowo się poruszam. Naprawdę, praca w poprzednim życiu to była jak zabawa - choć traktowałam ją bardzo serio.  Nadziela wieczór przyniosła takie uwolnienie od bólu łepetyny, że korzystając z ogłoszenia przez ulubioną pizzerię Międzynarodowego Dnia Pizzy na poniedziałek, postanowiłam pojechać po pizze dla siebie, syna i jego kolegi (który akurat go odwiedził)....

sobota w łóżku edit.

 Sobotę spędzam pod kołdrą z powodu kataru, który urodził się we mnie wczoraj. Łykam paracetamol i witaminę C. Na niedzielę kupiłam sobie bilet na "Hamneta", ale pójdę tylko wtedy, jeśli katar przejdzie. *** W  zeszłym tygodniu obchodziłam urodziny, życzenia telefonicznie złożył nawet eksmąż. Zadzwonił też eksteść życząc przede wszystkim  zdrowia, "bo zdrowie najważniejsze, sama wiesz, bo miałaś problemy". Pomyślałam sobie, że przecież skutki zdrowotne wywołane zachowaniem jego syna odczuwam cały czas i leki będę brać do końca życia, ale nic nie powiedziałam,  wiadomo przecież, że teść jako ojciec zawsze stanie po stronie dziecka. Potem przypomniałam sobie, że w czasie ani jednego pobytu w szpitalu teściowie nigdy nie mnie odwiedzili. Jednak - nie dam się przytłoczeniu myśleniem o przeszłości. Urodziny uczciłam pójściem na pedicure.  Co do przeszłych problemów - oni niech lepiej myślą, że to już za mną bezpowrotnie, niż żeby wiedzieli, że to po prostu remisja.

nocny manifest i znowu mail

  W nocy z niedzieli na poniedziałek miałam bardzo wyrazisty sen, że mówię oto: "Jestem zodiakalnym Wodnikiem, numerologiczną piątką. Kocham wolność i swobodę. Uwielbiam być w ruchu, nawet jeśli oznacza to ruch umysłu. Jak kocham, to za to, że ktoś jest, a mój pierwszy partner tego nie rozumiał." *** W poniedziałek ze dwanaście godzin pracy zawodowej, w sumie nawet nie wiem dokładnie ile, bo trochę wieczorem pracowałam w domu aż do skończenia zadanej sobie roboty. Potem tak nabuzowana, że nie mogłam zasnąć. Długo w nocy czytałam "Nieznośną lekkość bytu", aż wreszcie świadomie odłożyłam czytnik, zamknęłam oczy w ciemnościach i czekałam na sen. Dzisiaj, nauczona doświadczeniem, nie brałam roboty z biura na czas wolny do domu - po pierwsze nikt mi za to nie płaci, jest to wyłącznie mój sposób na ograniczanie sobie przepływu głupich myśli o tym, czy L. napisze, że się zmienił i pracuje nad sobą; po drugie - ani jeden klient tego i tak nie doceni; po trzecie - powinnam ...

nie myślę o głupotach

 Niedzielę zabiłam pracą zawodową, więc nie miałam czasu myśleć o głupotach - co robiłam w sobotę wieczorem, sprawdzając co trochę maila, czy nie przyszła przypadkiem wiadomość od L. Aby nie myśleć o głupotach, mam głębokie postanowienie jak najwięcej czasu wolnego i zawodowego poświęcić audytowanemu klientowi, by tak wygłaskać dane, by nie było obsuwy przy kolejnym audycie. Który mnie czeka za dwa, góra trzy miesiące. Zdaje się też, pojęłam kolejny tajnik zawodu. Pewnie pracowałabym do późnej nocy, ale skończył mi się papier do drukarki. Co w sumie robi dobrze dla snu, bo się nabuzowałam nieźle i znowu przez podniecenie robotą mogłabym zarwać nockę - niewskazane przy moim schorzeniu. *** W nocy zasłabłam w łazience, dawno mi się to nie zdarzyło, ostatnio z dziesięć lat temu. Pewnie przyczyną było to, że wstałam gwałtownie z łóżka i poszłam skorzystać z toalety, najpierw myślałam, że będę rzygać, potem obudziłam się na zimnych kafelkach na podłodze.